Odkrywam Białoruś. To sąsiedni kraj, a przecież tak mało o nim wiemy. ::: Za pośrednictwem tego bloga chcę przekazywać wam moje odkrycia. Zachęcam was do opowiedzenia tutaj waszych odkryć. ::: Odkryjmy razem Białoruś!
Zakładki:
Czytający, czytani, inne projekty
Słowniki języka białoruskiego
Nasza pomoc dla Białorusi
Raport
Ciekawe
Dzienniki Marcowe
Białoruska opozycja
Białoruska władza
Białoruskie fora
Białoruskie media
Blogi o Białorusi
O mnie
Podróż na Białoruś
Polecamy bramkę sms
niedziela, 17 grudnia 2006
Poślubić takiego Łukaszenkę...

Internautka Zosianoga w niedawnym komentarzu napisała mi: "swoją drogą co za nieszczęście poślubić takiego Łukaszenkę..."

Postanowiłam przekonać się, jak to naprawdę jest. Poniżej moje tłumaczenie wywiadu z Galiną Łukaszenko, żoną prezydenta Białorusi:



Komsomolskaja Prawda, 30.9.2005

Anna Laszkiewicz

Żona prezydenta Białorusi Galina Łukaszenko: Sasza chodził do mnie na randki po cztery kilometry

U startu politycznej kariery Aleksandra Łukaszenki dziennikarze często przeprowadzali wywiady z jego żoną Galiną Rodionowną. A ona - kobieta dobra i prostoduszna - nie potrafiła odmówić. Jednak wkrótce skończyły się nieformalne rozmowy z prasą. I oto wiele lat później...

Małżeństwo Galiny i Aleksandra Łukaszenków w tym roku kończy 30 lat. Lecz przez ostatnie lata małżonkowie żyją osobno. Najpierw Aleksander Łukaszenko został wybrany na deputowanego do białoruskiego parlamentu i żył w rozjazdach - to w Mińsku, to w rodzinnych Ryżkowiczach pod Mohylewem. W 1994 roku, gdy Łukaszenko został prezydentem, Galina Rodionowna nie kwapiła się z przeprowadzką do stolicy. Przyczyny były dość poważne - synowie właśnie kończą szkoły, gospodarstwa przekazać nie ma komu: mamie? teściowej? Ale synowie przenieśli się do Mińska - poszli na uniwersytet. A potem prezydent przywiózł do stolicy również swoją matkę. I Galina Rodionowna została sama. Lecz nawet i teraz nie wybiera się do męża. Przyjeżdża do synów i wnuków na święta, a żyje jak dawniej w solidnym, ale najzwyklejszym ceglanym domu. Małżonka prezydenta pracuje jako główny specjalista do spraw leczenia sanatoryjnego w rejonie szkłowskim. Ma malutki gabinet.

- Gdzie poznaliście się z Aleksandrem Grigorijewiczem?

- Uczyliśmy się w jednej szkole, on rok wyżej. Nasza rodzina najpierw mieszkała w rejonie wileńskim, tam skończyłam siedem klas. Potem przenieśliśmy się w strony ojczyste mamy, do rejonu szkłowskiego. Sasza był taki przystojny, często prowadził wieczorki szkolne, mnóstwo dziewczyn się w nim kochało. Dostawało mi się za to - przyjechała, mówili, i najlepszego chłpaka poderwała. U nas w domu była dobra biblioteka, żyliśmy niebogato, ale na książki pieniędzy nie żałowaliśmy. Sasza dużo czytał, ja też. To nas zbliżyło.

- I kto za kim biegał?

- Ja nigdy nie biegałam za nikim. A on przychodził do mnie na randki z Aleksandrii - cztery kilometry w jedną stronę, cztery w drugą. W każdą pogodę: deszcz, zamieć, śnieg. Spacerowaliśmy głównie wokół domu. Moja mama Jelena Fiodorowna wychowywała mnie i moją siostrę surowo, pracowała w naszej szkole jako kierowniczka. Broń Boże, żebyśmy jej nie słuchały!

Potem Sasza poszedł studiować do Instytutu Mohylewskiego na wydział historii, a za rok - ja. Dalej spotykaliśmy się. Pobraliśmy się, gdy ukończyłam trzeci rok, a Sasza już otrzymał dyplom. W dzisiejszych czasach stosunki między młodymi zmieniły się: gdy byliśmy młodzi - żyć bez ślubu, i to jeszcze jawnie - o tym nawet nie wolno było pomyśleć. Nie mówię, że teraz młodzież gorsza, po prostu oni są całkiem inni.

- Jak on się pani oświadczył?

- To dziwne, ale nie pamiętam. To się jakoś rozumiało samo przez się, że się pobierzemy. Moja mama zanadto się nie ucieszyła, miałam się jeszcze rok uczyć, ale nie protestowała. Sasza poszedł do armii. A ja skończyłam studia. Potem urodził się Witia.

"Na wieś sprowadziliśmy się z powodu syna"

Jak wszystkim, na początku było nam trochę ciężko, ale wszystkiego starczało. Przenieśliśmy się do Mohylewa, wynajęliśmy mieszkanie. U Saszy wszystko było dobrze w pracy, ja znalazłam pracę w szkole. Przepracowałam tam wszystkiego trzy dni - i zaczęły się nam kłopoty. Witia chorował na wszystkie możliwe dziecięce choroby zakaźne. Spędziłam z nim rok w szpitalach. Czasem rozpacz ogarniała. Pamiętam, biegnę do apteki. Pierwszy maja, wszyscy świątecznie ubrani, śmieją się. A ja już zapomniałam, co to jest normalne życie, święta. Mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy dobrego, doświadczonego lekarza. On powiedział: chcecie uratować syna - przeprowadźcie się na wieś, najlepiej, żeby chłopiec mieszkał w drewnianym domu. Więc wyjachaliśmy z Mohylewa. Zatrudniłam się w przedszkolu, żeby być obok syna, o szkole musiałam zapomnieć. Mąż zaczął hartować Witię - teraz on jest zdrowy.

O sprawach osobistych (na ile to możliwe)

Idziemy alejami starego parku, który liczy sobie kilka wieków. Jego drzewa zasadzone są tak, że gdy spojrzeć z góry - rysują dwugłowego orła - symbol imperium rosyjskiego. Żonę prezydenta wszyscy znają, ale nikt nie zwraca na nas uwagi.

- Galino Rodionowna, czy braliście ślub w cerkwi?

- Nie, chociaż nie miałabym nic przeciwko. Ale wtedy nie było to przyjęte, a teraz nie wiem, jak mąż na to patrzy.

- Gdy Aleksander Grigorijewicz został prezydentem, kto zdecydował, że zostaje pani w Ryżkowiczach?

- Ja postanowiłam nie jechać, a Sasza nie namawiał.

- Czy Aleksandr Grigorijewicz często bywa w Ryżkowiczach?

- Niezbyt, częściej ja jeżdżę do Mińska.

- Bywa pani w pałacu prezydenckim?

- Oczywiście.

- Jest pani tam gospodynią?

- Jakaż tam ze mnie gospodyni, skoro tam nie mieszkam.

- Czy mąż pomaga pani materialnie?

- Oczywiście, jak każdy mąż żonie.


"Nigdy nie dyskutowałam z nim o sprawach państwa"

- Nie jest pani przykro, że nie mieszka pani w stolicy?

- Nie. Ja sama wybrałam takie życie. Oczywiście, gdy dzieci wyrosły, zrobiło się pusto w domu. Ale dzieci zawsze odchodzą - i w mieście, i na wsi. Samotność mi nie ciąży. Dużo czytam, bardzo lubię chodzić do lasu. Mam bardzo męczącą pracę, ludzie przychodzą przez cały dzień. Staram się pomóc, w czym mogę. Czasem tak jestem wyczerpana, że nie mogę zasnąć.

- Czy często przychodzą do pani ludzie z prośbami do prezydenta?

- Często proszą o przekazanie listów. Na początku było ich niewiarygodnie dużo. Sąsiad z sąsiadem nie potrafili rozdzielić kawałka ziemi - zaraz list do krajana. Sąsiedzi i znajomi prawie nie zwracają się z prośbami, w większości raczej obcy.

- I co pani robi z listami?

- Czytam i jeśli widzę, że rzeczywiście mediacja ani miejscowe władze nie rozwiążą problemu, to przekazuję. Trudno odmawiać, za każdym razem to przeżywam. Niedawno przyjechała kobieta, przeczytałam wszystkie dokumenty, podobno jej syna oskarżono o cudze przestępstwo. Próbowałam pomóc, żeby jeszcze raz zbadano sprawę.

- Czy Aleksandr Grigorijewicz jest o to zły?

- Nie.

- Jak to jest mieć świadomość, że pani mąż jest prezydentem?

- Ja przecież żyłam obok, widziałam jego Я же жила рядом, видела его rozwój. On jest przecież niezwykłym człowiekiem.

- Czyżby do dziś była pani w nim zakochana?

- Oczywiście. (Śmiech)

- Czy dyskutuje pani z nim sprawy państwowe?

- Nigdy. Nigdy nie mieszałam się do jego pracy.

- Przywykła pani do tego, żeby usuwać się w cień?

- Tak, zawsze.

- A kto w rodzinie podejmuje decyzje?

- No, jaką koszulę kupić i co zrobić na obiad - decydowałam ja, a życiowo ważne decyzje podejmował Sasza.


"Za granicą nie byłam i nie ciągnie mnie"

- Gdzie mieszkają synowie?

- Z ojcem w jego rezydencji.

- Kim oni są z zawodu i gdzie pracują?

- Witia ukończył wydział stosunków międzynarodowych, jest teraz pomocnikiem prezydenta. Dima - prawnik od prawa miedzynarodowego. Pracuje jako przedstawiciel prezydenckiego klubu sportowego.

- Ile ma pani wnuków?

- Czworo. U starszego - Wiktoria i Aleksandr, u młodszego - Anastazja i Daria.

- Czy Aleksandr Grigorijewicz często widzi się z wnukami?

- Często, rozpieszcza ich bardziej niż kiedyś synów. Daje im zabawki. Jak Nastia powie mu: "Ja ciebie bardzo, bardzo kocham" - dziadek cały taje.

- Często bywa pani u synów?

- Przyjeżdżam prawie na każde święta. Podoba mi się, jak oni żyją. Pomagają żonom. Od dzieciństwa są tego nauczeni. Mąż przepadał w pracy, córki nie mam, to oni mi zawsze pomagali. Teraz też o nic prosić nie trzeba. Potrafią wszystko naprawić, i kosić, i iść za pługiem. I synowe podobają mi się, dobre dziewczyny.

- Gdzie się pani ubiera?

- Tam gdzie wszyscy, sama chodzę do sklepów.

- Była pani za granicą?

- Nie, i nie ciągnie mnie.

Dom Galiny Rodionowny jest oczywiście najlepszy w Ryżkowiczach, choć do siedzib "nowych Białorusów" jest mu daleko. Wyróżnia się zielonym dachem, wysokim ceglanym parkanem i cudownym klombem wychodzącym wprost na ulicę. Co sił w nogach biegnie ku Galinie Rodionownej bezdomny pies, którego ona dokarmia. W domu mieszka owczarek Bału.

U pierwszej damy Białorusi podobno wszystko dobrze. Tylko oczy smutne, nawet gdy się śmieje.



  • Oryginał wywiadu w Komsomolskiej Prawdzie


23:44, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Komentarze (4) »
Album rodzinny Łukaszenków







Wieś, w której urodził się Aleksandr Grigorijewicz Łukaszenko.
Dziś na jego cześć nazywa się ona: Aleksandria.
Miejsce licznych wycieczek i arena cotygodniowych czynów społecznych wykonywanych przez wdzięcznych obywateli.





Aleksandria: W tej skromnej chatce mieszka cioteczna siostra prezydenta.
Właściwie to dziwne, że choć miejscowość sama w sobie jest istną wsią potiomkinowską, to krewni prezydenta mieszkają w nie najlepszych warunkach. Widać prezydent nie zważa na układy rodzinne.
(To i inne przedstawione tutaj zdjęcia z Aleksandrii zrobione były w listopadzie 2006 przez dziennikarzy "Moskowskiego Komsomolca").





Aleksandria: Fiodor Trofimowicz Łukaszenko, wujek prezydenta.
Mama często zostawiała małego Saszę pod opieką wujka.





Aleksandria: Anna Trofimowna Maksimowa z domu Łukaszenko, ciocia prezydenta.





Aleksandria: Jelena Fiodorowna Żełnierowicz, teściowa prezydenta.





Galina Rodionowna Żełnierowicz z przyszłym mężem.
Poznali się w szkole. Aleksandr chodził do klasy rok wyżej.
Koleżanki miały Gali za złe, że ledwie przyjechała jako nowa uczennica - już poderwała im najlepszego chłopaka.





Ślub państwa Łukaszenków





Żona prezydenta doi krowę.





Żona prezydenta w 2005 roku.
W tle - wieś potiomkinowska.





Żona prezydenta w roku 2006.





Prezydent z synami.
Na zdjęciu po lewej - Wiktor, po prawej - Dmitrij.





Wiktor Łukaszenko z ojcem. Przyznać trzeba, że wąsik ma po tacie.





Wiktor Łukaszenko z żoną i córką.





Wiktor następcą tatki?
Prezydent od pewnego czasu wciąga swego starszego syna do polityki.



Źródła:

00:25, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 grudnia 2006
Zachodni eksperci...?
Czas trochę się powyzłośliwiać.

Pan Vilhelm Konnander ze Sztokholmu, autor bloga vilhelmkonnander.blogspot.com, reklamujący się jako ekspert od polityki i bezpieczeństwa w Rosji i Europie Wschodniej, prezes Szwedzkiego Towarzystwa Studiów nad Rosją, Europą Środkową i Wschodnią, oraz Środkową Azją, gospodarz mającego się odbyć w 2010 roku Kongresu Międzynarodowej Rady Studiów nad Europą Środkową i Wschodnią ...

... nie zna rosyjskiego (patrz poprzedni wpis) i w konsekwencji nie radzi sobie z szukaniem informacji w rosyjskojęzycznym internecie.

Mnie na przykład wystarczyło kilkanaście minut, żeby zweryfikować jego zasób wiadomości na temat małżonki prezydenta Łukaszenki. Pan Konnander twierdzi, że nie potrafił znaleźć więcej niż dwa jej zdjęcia oraz nie wysilił się na poszukiwania informacji o niej poza stronami angielskojęzycznymi. Tymczasem ja w ciągu kwadransa znalazłam w internecie kilka kopii wywiadu z Galiną Łukaszenko, a nawet udało mi się zgromadzić niezgorszy albumik zdjęć rodzinnych.

Jeżeli wszyscy zachodni eksperci od Białorusi wiedzą o niej mniej, niż ja potrafię znaleźć w Googlach w kwadrans - to bardzo źle wróży temu krajowi...


W następnym wpisie przedstawię moje znaleziska.
23:21, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 grudnia 2006
Tajemnicza żona prezydenta Łukaszenki
Szwed Vilhelm Konnander, nazywający siebie ekspertem od polityki i bezpieczeństwa w Rosji i Europie Wschodniej, w swoim blogu vilhelmkonnander.blogspot.com pisał m.in. o tajemniczej żonie prezydenta Łukaszenki.

Mam wątpliwości, czy szwedzki ekspert jest rzeczywiście ekspertem: o żonie Łukaszenki pisze on na przykład "Mrs. Rodionovna". Tymczasem, gdyby znał choć trochę język rosyjski, wiedziałby, że Rodionowna to oczywiście nie jest nazwisko, lecz "otczestwo" - pochodzące od imienia ojca. Żona Łukaszenki nazywa się w rzeczywistości: Galina Rodionowna Łukaszenko.

Z pewną ostrożnością, ale jednak streszczę, co pisze pan Konnander o żonie prezydenta. Później postaram się to zweryfikować w źródłach białoruskich i w którymś z następnych wpisów poczynię ewentualne uzupełnienia do tych informacji.


Pierwsze z dwóch (jak sądzi pan Konnander)
znanych światu zdjęć żony prezydenta.
Ślub Aleksandra i Galiny Łukaszenków.
Prawdopodobnie odbywał się w kołchozie w Szkłowie.


1 kwietnia 2006 roku Białoruś obiegła plotka, że Galina Rodionowna poprosiła o azyl polityczny w ambasadzie Unii Europejskiej w którymś z krajów sąsiednich. Plotka wzbudziła ponoć intensywne reakcje dyplomatyczne w celu wyjaśnienia tej delikatnej kwestii. Okazało się jednak, że był to primaaprilisowy żart.

Żona Łukaszenki jest właściwie wciąż postacią nieznaną szerszej publiczności. Ma ona z prezydentem dwóch synów - Wiktora i Dmitrija. Mieszka w miejscowości Szkłow, tam właśnie, gdzie Łukaszenko był niegdyś kierownikiem kołchozu. Oficjalnie - odwiedza ona regularnie swojego męża w Mińsku, jednak według innych źródeł małżeństwo żyje w separacji.


Drugie z dwóch (jak sądzi pan Konnander)
znanych światu zdjęć żony prezydenta:
Galina Rodionowna Łukaszenko doi krowę.

Skomplikowane relacje małżeńskie państwa Łukaszenków są wśród Białorusinów przedmiotem żartów. Żarty te jednak nie kończą się dobrze: Ósmego marca trzech opozycjonistów zostało aresztowanych w Mińsku za rozdawanie ulotek z apelem, aby uczynić Galinie Rodionownej prezent na Dzień Kobiet. Prezent miał polegać na niegłosowaniu na Aleksandra Grigorijewicza w nadchodzących wyborach prezydenckich. W ten sposób mógłby on powrócić wreszcie do domowego ogniska i oczekującej go żony.

Przy rzadkich okazjach, gdy Łukaszenko napomyka o żonie, są to stwierdzenia w rodzaju: "Żony nie powinny mieszać się w sprawy urzędników państwowych".


22:10, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 grudnia 2006
Kosmos
Czy pamiętacie mińską Bibliotekę Narodową, podczas uroczystego otwarcia której nie wolno było otwierać okien ni lufcików? Pisałam o tym tutaj.
Dziś Biblioteka wygląda kosmicznie:
22:00, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 grudnia 2006
I tu was zaskoczę...
Oto coś sprzecznego ze stereotypowym pojęciem Polaków na temat krajów byłego Związku Radzieckiego: Czy myślicie może, że skoro na Ukrainie wreszcie jest demokracja, to Ukraińcy są najbardziej zadowoleni z rozpadu ZSRR? Albo czy uważacie, że skoro na Białorusi panuje totalitarny skansen, to Białorusini tęsknią za powrotem Kraju Rad?

Nic podobnego. Jest wręcz odwrotnie. Onet.pl publikuje artykuł o najnowszych badaniach socjologicznych: Podczas gdy większość Ukraińców żałuje rozpadu ZSRR, a prawie połowa opowiada się za ponownym zjednoczeniem, to Białorusini najmniej wierzą w możliwość powrotu do dawnych czasów, nie chcą także powołania nowego sojuszu na wzór Związku Radzieckiego.

Oto jak demokracja i samostanowienie wzmacniają społeczne frustracje.
Oto jak dyktatura wzmacnia poczucie patriotyzmu.
20:24, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 grudnia 2006
Najdziwniejszy dziennikarz na Białorusi
Michaś Rawucki wciąż pozostaje dla mnie zagadką.

Jednak - wiem już o nim to i owo. Imię - Białorusini lubią zdrabniać imiona nawet osób publicznych. Nazwisko - jest to odmiana znanego nam z historii nazwiska Rzewuski. Oryginalna powierzchowność. I patologiczna wręcz dykcja...

Rawucki regularnie występuje w białoruskich wiadomościach telewizyjnych. Relacjonuje wydarzenia artystyczne i kulturalne. Gdy usłyszałam go po raz pierwszy, pomyślałam, że chyba transmisja internetowa przerywa. Potem pomyślałam, że jestem świadkiem, jak dziennikarz zasłabł na antenie i bohatersko walczy o ostatni oddech do zakończenia swojej kwestii. Rawucki wyrzucał z siebie po jednym słowie, pomiędzy każdym kurczowo łykając powietrze. Zdawało się, że zaraz coś mu się stanie. I nic. Transmisja zakończyła sie życzliwym uśmiechem prezenterki w studio.

Na forach internetowych Białorusini piszą o Rawuckim, że jest to kultowa postać. Twierdzą, że jego teksty o sztuce są genialne i potrafią zainteresować każdego. Byłożby to skrzyżowanie błyskotliwych Kurka i Kamińskiego z jąkałą Owsiakiem? Mimo że pracuje w reżimowej, rosyjskojęzycznej telewizji, jest szanowany nie tylko przez pro-łukaszenkowskich telewidzów, ale też przez tych o poglądach opozycyjnych. Rawucki zawsze mówi po białorusku i podkreśla, że to jest jego ojczysty język. Idol ponad podziałami.

Kim on jest? Skąd jego popularność? Jak to się stało, że trafił do telewizji?

11:35, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2