Odkrywam Białoruś. To sąsiedni kraj, a przecież tak mało o nim wiemy. ::: Za pośrednictwem tego bloga chcę przekazywać wam moje odkrycia. Zachęcam was do opowiedzenia tutaj waszych odkryć. ::: Odkryjmy razem Białoruś!
Zakładki:
Czytający, czytani, inne projekty
Słowniki języka białoruskiego
Nasza pomoc dla Białorusi
Raport
Ciekawe
Dzienniki Marcowe
Białoruska opozycja
Białoruska władza
Białoruskie fora
Białoruskie media
Blogi o Białorusi
O mnie
Podróż na Białoruś
Polecamy bramkę sms
sobota, 31 marca 2007
Komu nie wolno wyjechać za granicę


Wczorajsza wiadomość z wieczornego "dziennika telewizyjnego" białoruskiej telewizji państwowej:

Kwestia pieczątek w paszporcie będzie rozwiązana w najbliższych miesiącach.

Jak stwierdził szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Białorusi Władimir Naumow, jest już projekt prawa o rejestracji ludności. Jak już zapowiadano wcześniej, planuje się wymienić pieczątki w paszportach obywateli Białorusi od 31 października 2007 roku. Obecnie MSW przygotowuje bazę danych, gdzie przechowywane będą informacje o osobach, którym nie wolno wyjeżdżać poza granice Białorusi. W tę kategorię wchodzą obywatele będący w konflikcie z prawem, a także ci, w których posiadaniu znajdują się tajemnice państwowe, oraz ci, którzy nie wypełnili swoich zobowiązań wobec państwa.

Oprócz tego prowadzone są prace nad zautomatyzowanym systemem rejestracji i zaopatrzenia wszystkich przejść granicznych.

Interesujące. W Polsce władze mogą zabronić obywatelowi wyjazdu za granicę tylko w taki sposób, że sąd odbiera mu paszport. Jest to jednak możliwe jedynie w wypadku, gdy obywatel jest podejrzany o popełnienie przestępstwa, trwa postępowanie prokuratorskie i prokuratura zwróci się do sądu o odebranie paszportu jako środek zapobiegawczy. Sąd może wówczas odebrać paszport tylko wtedy, gdy na podejrzanym ciążą szczególnie poważne zarzuty.

Obecnie, wbrew pozorom, nawet białoruscy opozycjoniści mogą dość łatwo wyjeżdżać za granicę. Czyżby wynikało to z braku bazy danych na przejściach granicznych? Czyżby miało się to zmienić?


Wiadomość można przeczytać na stronie BTV, oraz obejrzeć nagranie.
13:24, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Komentarze (4) »
Kreskówki szczególnie niebezpieczne


Rosyjska milicja odmówiła wydania białoruskim władzom autora satyrycznych filmów rysunkowych o Aleksandrze Łukaszence. Andrej Abozau jest ścigany listem gończym i został zatrzymany przez Rosjan właśnie jako szczególnie niebezpieczny przestępca. Kiedy jednak milicjanci dowiedzieli się, na czym polega jego "zbrodnia", czym prędzej go wypuścili.

Więcej na stronie reakcya.eu >>
Kreskówki Abozaua można znaleźć tutaj: mult.3dway.org (strona w wersji polskiej!)

12:54, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2007
Gorąco polecam tę książkę


Kilka słów o wczorajszym spotkaniu promocyjnym książki "Białoruś: kartofle i dżinsy". Poznałam na nim kilka interesujących osób, w tym - przede wszystkim - samych autorów książki.

Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki są dziennikarzami Tygodnika Powszechnego. Specjalizują się w problematyce wschodniej. Pisząc książkę spędzili na Białorusi cztery miesiące w najgorętszym okresie zeszłego roku: byli świadkami nieudanej "dżinsowej rewolucji". Jednak książka ta nie jest ani doraźnym "reportażem z rewolucji", ani zbiorem anegdot o Łukaszence. Opowiada ona historię współczesnej Białorusi od lat 70. Historię w obrazach, albo raczej: historię w historiach poszczególnych ludzi. Próbuje objaśnić jak to się stało, że ten kraj jest dzisiaj taki, jaki jest.

Na spotkaniu w Księgarni Pod Globusem można było usłyszeć od autorów ciekawe rzeczy. Najmocniej utkwiły mi w pamięci sprawy najbardziej gorzkie i najbardziej odstające do stereotypów. Na przykład:

  • Choć białoruska opozycja ma przekonania głęboko narodowe i antysowieckie, to nie da się zaprzeczyć, że Białoruś - dawna perła w koronie ZSRR - wiele zawdzięcza Związkowi Radzieckiemu. To właśnie w czasach sowieckich powstały w miastach białoruskiej prowincji bardzo dobre uczelnie, które wyprodukowały dzisiejszą opozycyjną inteligencję.

  • Z jednej strony - z doświadczeń autorów wynika, że Białorusini od dawna już nie wierzą reżimowej telewizji. Z drugiej strony jednak - łatwo daje się zauważyć niechęć społeczeństwa do Zachodu i do Unii Europejskiej, powszechne poczucie, że one w jakiś sposób czyhają na Białoruś. Przypuszczalnie więc telewizyjna propaganda jakoś się przesącza do umysłów.

  • Dużym zaskoczeniem była dla mnie wiadomość o skutkach nie dość dobrej procedury weryfikacyjnej polskiego programu stypendialnego dla represjonowanych studentów: z ludzi, którzy przyjechali na stypendium do Polski - około połowa gdzieś znikła, tzn. przestała pojawiać się na zajęciach. To otwarcie przyznali Autorzy. Nasuwa mi się tutaj moja osobista refleksja, że jednak część zarzutów reżimowej propagandy pod adresem programu Kalinowskego ma jakieś pokrycie w faktach. Bo na tym polega profesjonalna propaganda: opakować kłamstwo w odrobinę prawdy. [Ten akapit zmieniłam na prośbę Autorów tak, ażeby nie było wątpliwości, co jest ich wypowiedzią, a co moją refleksją.]

  • Zdaniem autorów książki, zła sytuacja społeczno-polityczna na Białorusi wynika - paradoksalnie - z praworządności obywateli. Wydawcy opozycyjnych gazet w obliczu represji wykłócają się po sądach, zdelegalizowane czasopisma starają się o ponowną rejestrację. Obcy jest Białorusinom pomysł, żeby "olać system" i zejść do podziemia, co byłoby może korzystniejsze niż marnowanie energii na beznadziejną szarpaninę z państwem. Gdy na jakimś zebraniu opozycji padło stwierdzenie "Od tego państwa my już niczego nie chcemy" - to w intencji wypowiadających je oraz w uszach białoruskich słuchaczy brzmiało ono niezwykle pesymistycznie. Bo okazało się, że tutaj legalnie nie da się niczego załatwić - no i co teraz? Polacy, wręcz przeciwnie, takie zdanie odebraliby jako pozytywną wiadomość: nie potrzebujemy państwa - zorganizujemy się sami! Białorusini jednak w tej sytuacji czują się bezradni. Oto jak mści się coś, co w normalnych warunkach byłoby cnotą obywatelską.

Książka doczekała się znakomitych recenzji w Gazecie Wyborczej i w Rzeczpospolitej - co jest niewątpliwym sukcesem już na starcie. Poniżej linki:
  • Recenzja w Gazecie Wyborczej
  • Wywiad z autorami w Gazecie Wyborczej
  • Recenzja w Rzeczpospolitej - niestety dostęp płatny

19:43, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 marca 2007
Student zwerbowany przez KGB - w reżimowej telewizji
Jak opisał Tygodnik Powszechny, Władysław Michajłow to student-opozycjonista zwerbowany przez białoruskie KGB. Przyjechał do Polski w ramach programu stypendialnego dla represjonowanych studentów i tutaj przyznał się publicznie do współpracy z tajną policją. Jednak po pewnym czasie, zapewne pod wpływem nękania przez białoruskich agentów, zmienił front - wrócił na Białoruś i wystąpił w reżimowej telewizyjnej propagandówce.

Przed przeczytaniem dalszego ciągu warto zapoznać się z historią Michajłowa:
  • Tygodnik Powszechny: Współpracowałem z KGB
  • Tygodnik Powszechny: Współpracowałem z KGB - ciąg dalszy

A oto "alternatywna wersja" historii Władysława Michajłowa, przedstawiona przez białoruską reżimową telewizję:



Powyższy film nie jest pełny. Całość nagrania (tam znajdują się najlepsze kawałki!) jest do ściągnięcia tutaj.

Niżej - moje tłumaczenie całości (przypisy w klamrach i pogrubienia są moje). Wspomniane najlepsze kawałki znajdują się pod koniec tekstu.

[Studio:] Jak obchodzą się z białoruską młodzieżą w Polsce i kto zbija na tym kapitał polityczny: Specjalne śledztwo - "Panorama".

Władysław tylko co wysiadł z pociągu. Wrócił do rodzinnego Homla z Warszawy, gdzie od zeszłe lato uczył się w ramach tak zwanego "Programu Kalinowskiego". O tym czasie młody człowiek wspomina z dreszczem. I są po temu bardzo ważne przyczyny.

Gdy Władysław miał 15 lat, z naiwności wstąpił do "Żubra". Rozklejał ulotki, rozdawał znaczki. Od 2004 - w Zjednoczonej Partii Obywatelskiej.

"Partia była dosyć liberalna. Jak zdawało mi się, ona walczyła o szczęśliwą przyszłość naszego kraju. Jednak po czasie stało się dla mnie oczywiste, że to nie tak."

Do czasu wyjazdu do Polski Władysław uczył się na 3. roku Homelskiego Uniwersytetu Transportu. Uczestnictwo w akcjach opozycji zaczęło odbijać się na postępach w studiach. Czasu na naukę po prostu nie starczało.

"Ja... dowiedziałem się, że jest taki program... prowadzony przez rząd Polski, nazywa się program im. Konstantego Kalinowskiego. Postanowiłem kształcić się za granicą, szukałem lepszego życia - można powiedzieć, myślałem, że uda mi się nauczyć kilku języków obcych, że otrzymam doskonałe wykształcenie, że nie będzie to w żaden sposób związane z polityką. I po prostu potem wrócę na Białoruś i wniosę coś dobrego dla mojego kraju, że tak powiem."

Latem zeszłego roku Władysław zaczął wybierać się w drogę. Żeby zostać uczestnikiem Programu Kalinowskiego potrzebna była ankieta, fotografie i dwie rekomendacje od starszych towarzyszy o represjach politycznych.

"Otrzymałem rekomendację od sztabu Zjednoczonej Partii Obywatelskiej, Golińskiego, a także od mojego - powiem oględnie - znajomego, Andrieja Gnatowa z biura Majdan International w Kijowie. To organizacja, która zajmuje się problemami tak zwanej "demokratyzacji Białorusi"."

Zebrać niezbędne dokumenty było nietrudno. W partyjnych biurach rekomendacje pisano hurtem dla wszystkich chętnych. Wśród "kalinowców" znaliźli się też ci, których rodzice zapłacili kuratorom programu 1000 dolarów za wysłanie ich dzieci za granicę. Pojawiali się młodzi ludzie, którzy za 350 dolarów kupili lewe dokumenty. Według słów Władysława, takich w programie Kalinowskiego jest 60 procent, a może i więcej.

"Wkrótce zrozumiałem, że do programu brano w zasadzie wszystkich. Wystarczyła pewna smykałka, troszkę rozumu i w zasadzie każdy mógł zostać wzięty. Pójść na plac, przypiąć sobie znaczek "Za swabodu" i już jesteś w programie Kalinowskiego - białoruski rewolucjonista. Oczywiście mnie bardzo zdziwiło, że w programie biorą udział w większości dzieci opozycji. Okazało się, że zorganizowali ten program tylko sami dla siebie. To znaczy sami opozycjoniści organizujący program nabrali swoich dzieci, krewnych, kogo tylko można było, kto podchodził wiekowo... i kto zechciał uczyć się w Polsce."

Władysław porzucił homelski uniwersytet. Obiecano mu, że w Polsce czeka na niego 400 dolarów stypendium, akademik, europejskie wykształcenie i szerokie perspektywy.

"Pojechałem do Mińska, do sztabu, oddałem moje rekomendacje, wypełniłem te ankiety, odbyłem rozmowę kwalifikacyjną i zostałem przyjęty do programu. Potrzebowałem wyrobić paszport na wszystkie kraje świata. Przyjechałem tam już ze wszystkimi rzeczami, bo czas naglił, do biura programu do Mińska i tam w kilka godzin wyrobiono mi polską wizę."

Z przybyciem Władysława - jak i wielu innych Białorusinów - do Polski zaczęły się nieprzyjemności. Uczestników programu rozlokowano po akademikach ledwie nadających się do zamieszkania. Мiędzy sobą studenci nazywali je [?], choć musieli na nie wydać ćwierć stypendium. Dla niektórych "Kalinowców" nie starczyło miejsc i rozlokowano ich po wynajętych mieszkaniach. Inni znaleźli się wprost na ulicy i byli zmuszeni nocować na dworcu.

"Zaczniesz protestować - zostaniesz wykluczony z programu. Powiesz słowo przeciw - i już nie jesteś studentem i uczestnikiem programu."

Władysławowi dostał się akademik z odrapanymi ścianami, pokój podobny do [?], łózko ze sprężynami sterczącymi z materaca. Wielu towarzyszy niedoli marzących o europejskim wykształceniu wkrótce nie wytrzymało i wróciło do domu. Pozostałych oczekiwały nowe nieprzyjemności: Przydziały. Niektórych skierowano do trzeciorzędnych uczelni na prowincji, niektórym zamiast na obiecanych studiów humanistycznych dostały się średnio specjalne kierunki techniczne. Samo nauczanie miało mało wspólnego z wyższym wykształceniem.

"Gdy spotkałem się niedawno z dyrektorem programu Janem Malickim, on mi wprost powiedział, że trzeba jakoś odpracować pieniądze. Trzeba było chodzić na akcje, zajmować się... polityką i rzecz oczywista w ten sposób należało odpracować swoje pieniądze. Pikietować ambasady, przychodzić na akcje solidarności, na jakieś przedsięwzięcia... Władze cały czas tu dają pozwolenia na takie mityngi [ ;-) ]. Wszystkie demonstracje ochrania policja. Organizacją tych wszystkich mityngów zajmują się, konkretnie, polskie organizacje pozarządowe, które otrzymują pieniądze od ministerstwa spraw zagranicznych. Rozdają plakaty, ulotki studentom, flagi, mówią studentom, jak mają ustawiać się w szyku. Po prostu są pewni liderzy, za którymi studenci idą."

Rzadkie wykłady w przedmiotów technicznych wykładowcy zamieniają w polityczną dyskusję z jedynie słusznym wnioskiem, że na Białorusi wszystko jest źle i że należy zmienić władze. Program Kalinowskiego przygotował na ten temat szereg zajęć i doświadczoną ekipę wykładowców.

"Gdy przyszedłem do biura programu, właśnie odbywał się jakiś wywiad z jego dyrektorem. Gdy otworzyły się drzwi, zobaczyłem, że prowadzący program robił wywiad z pewnymi ludźmi, których spotkałem na białoruskich imprezach, to jest na białoruskich wieczorach, które były prowadzone dla naszych białoruskich studentów w ramach programu. Ci ludzie byli różnych narodowości: Amerykanie, Gruzini, przedstawiciele serbskiego ruch Otpor - u nich na ubraniach były znaczki serbskiego Otporu przedstawiające pięść - Ukraińcy..."

Władysławowi rzuciło się w oczy, że Kalinowiec Kalinowcowi nierówny. Wśród uczestników programu było wielu "git-ludzi": dzieci i bliskich krewnych liderów białoruskiej opozycji. W odróżnieniu od pozostałych, nie było u nich problemów materialnych i mieli swoje indywidualne programy.

"Dzieci opozycji w ogóle nie chodzą na te demonstracje, bo im to absolutnie niepotrzebne. Oni mają inne zajęcia, duża sumy pieniędzy do wydania na różne rozrywki, pójść wypić, pójść miło spędzać czas w Warszawie, połazić, żyć pełnią życia."

Warunki niemal wojskowej dyscypliny nie dotyczą krewnych liderów białoruskiej opozycji. Trzykrotne wagary z zajęć "praktycznej politinformacji" [ ! ] karany jest wykluczeniem, ale "git-ludzie" mogą sobie pozwolić na zaspanie i nawet na przyjście po pijanemu.

"Sam Milinkiewicz jest mi znany. Znane jest o nim wiele negatywnych faktów, jego niemoralne prowadzenie... [Władysław waha się i milknie. -O czym? - pytanie zza kadru] ...O tym, że on pije [Władysław znów milknie i wygląda na zażenowanego]... pali trawę ... [Władysław przewraca oczami i waży słowa] ... prowadzi się po prostu... wyzywająco."

Każdy przybywający student dostał się pod opiekę specjalnie wyznaczonego dla niego "naukowego obserwatora". Białorusini znajdują się pod nieustanną kontrolą, zobowiązani są meldować nieobecności, wśród nich kwitnie szpiegomania. Ciągły stres studenci łagodzą pijaństwem i narkotykami.

"Wciąż odchodzi taka robota, takie - można powiedzieć - ankietowanie studentów, próbują dowiedzieć się wszystkiego o człowieku, o jego życiu osobistym, o jego rodzicach, o jego przeszłości, o planach na przyszłość. O jego kontaktach, o jego związkach z organami ochrony prawa, o tym czym on żyje w danym momencie."

Rozczarowanych kształceniem za Bugiem jest bardzo wielu. Władysław jest jednym z nich. Nauka w Polsce stała się dla niego egzaminem wysiłkowym [?] - ciągano go po demonstracjach, speckursach młodego rewolucjonisty [ :-)))))))))) ], przymuszano do robienia publicznych ekshibicjonistycznych zwierzeń w prasie. Władysław zrozumiał, że go po prostu wykorzystują. Gdy zaczął odmawiać i wspominać o powrocie do domu, zaczęli na niego naciskać kierownicy programu i aktywiści organizacji pozarządowych.

"Powiedział mi, że program jest proamerykański i ty będziesz jak wszyscy inni potrzebować tych pieniędzy. I innego wyboru nie ma. Jeśli chcesz się dalej uczyć, to będziesz dalej podporządkowywać się naszym działaniom i... ty jesteś całkowicie w naszych rękach. Dalej miałem też inne spotkania z przedstawicielami organizacji Wolna Białoruś, jednak oni mi mówili to samo, że program opiera się na regulaminie, a regulamin polega na tym, że trzeba być posłusznym królikiem."

Władysław mówi, że polscy i białoruscy kuratorzy programu nie chcą wypuszczać studentów, ponieważ boją się rozgłosu. W pierwszej kolejności uderzy on w nich samych, bo pod przykrywką kształcenia Kalinowców otrzymują oni ogromne środki.

"W Polsce jest taka organizacja pozarządowa, nazywa się ona Wolna Białoruś, która zajmuje się werbowaniem białoruskich studentów uczących się w tym programie. Kogo z pracowników mogę nazwać: Kasia Kwiatkowska, Karolina Bałaszewicz, te i wielu innych - tych ludzi łączy to, że mają rodzinne koneksje np. w ministerstwie spraw zagranicznych Polski. Absolutnie, myślę że oni zarabiają takie sumy, które zwykłym białoruskim robotnikom nawet się nie śniły."

Kiedy decyzja wyjazdu ostatecznie dojrzewała, Władysławowi zaczęto grozić rękoczynami. Na końcowym etapie dołączył się do tego również były ambasador Polski na Białorusi Mariusz Maszkiewicz.

"Mimo wszystko jeszcze się wahałem, wyjechać z programu Kalinowskiego czy nie, i postanowiłem poradzić się Kasi Kwiatkowskiej. Przyszedłem do niej do domu i nieoczekiwanie dla mnie do pokoju wszedł były polski ambasador Mariusz Maszkiewicz. Powiedział mi, że mam obowiązek zostać w programie, mam obowiązek tak jak wszyscy pozostali studenci odpracować pieniądze. Powiedziałem, że nie zamierzam tego robić i że chcę wrócić na Białoruś, do swojego kraju i że nie chcę uczestniczyć w tym przedstawieniu. Wtedy Maszkiewicz powiedział, że przeze mnie już cała Warszawa jest postawiona na nogi i że jeśli wrócę na Białoruś, to przyjdzie mi się rozliczyć."

Po rozmowie z Maszkiewiczem na komórkę Władysława zaczęły sypać się smsy z groźbami. W obawie o swoje życie Michajłow zwrócił się o pomoc do białoruskiej ambasady, ażeby pomogła mu uciec do ojczyzny. Dziś Władysław jest w domu, w bezpieczeństwie. Nikomu nie radzi powtarzać jego doświadczeń.

"Na własnej skórze doświadczyłem, że program Kalinowskiego jest nie programem edukacyjnym, lecz programem w którym młodzież jest wykorzystywana przez wielkich polityków dla realizacji swoich celów. O młodzieży nikt nie myśli, ona po prostu jest przedmiotem w całej tej grze."


wtorek, 27 marca 2007
„Współpracowałem z KGB": ciąg dalszy
Tygodnik Powszechny opisuje dziwaczne zakończenie sprawy białoruskiego studenta, który po przyjeździe na stypendium do Polski przyznał się do współpracy z białoruskim KGB:

Białoruski student, który na łamach „TP" przyznał się do współpracy z KGB, wrócił do kraju i w reżimowej telewizji oskarżył polskie służby o werbowanie młodych Białorusinów.

Małgorzata Nocuń, Andrzej Brzeziecki /2007-03-26

W styczniu rozmawialiśmy z Władysławem Michajłowem, stypendystą programu im. Kalinowskiego, ufundowanego przez polski rząd dla represjonowanych Białorusinów. Michajłow przyznał się nam do współpracy z białoruskim KGB. Weryfikowaliśmy podawane przez niego informacje. Nie wszystko można było sprawdzić, ale to, co zdołaliśmy ustalić, potwierdzało jego wyznania. Zdecydowaliśmy się na publikację wywiadu. Pisaliśmy wtedy: „Możliwe są też inne motywy jego zachowania. Bierzemy je pod uwagę, pytamy również ekspertów i podejmujemy ryzyko. Zakładamy dobrą wolę naszego rozmówcy i to, że mamy do czynienia nie z funkcjonariuszem systemu, lecz jego ofiarą".

Teraz Michajłow zdecydował się wyjechać na Białoruś, a w ubiegły czwartek wystąpił w propagandowym programie telewizyjnym „Panorama". Oskarżył w nim Polaków o zmuszanie go do demonstracji pod białoruską ambasadą (by w ten sposób odpracować stypendium). Twierdził, że przyszło mu żyć w nieludzkich warunkach.

Wyjazd z Polski i wystąpienie w telewizji nie były zaskoczeniem: po publikacji wywiadu utrzymywaliśmy z Michałowem kontakt i staraliśmy się zapewnić mu bezpieczeństwo (m.in. kontaktując go z Fundacją Helsińską). Jednak wkrótce jego stan psychiczny i zachowanie zaczęły budzić nasz niepokój. Oskarżał kolegów ze stypendium o współpracę ze służbami. Twierdził, że jest śledzony przez białoruskie KGB. Dziwne zdarzenia wokół Michajłowa potwierdzali też inni. Gdy dziennikarz Radia Swaboda Aleksiej Dzikawicki umówił się z nim na rozmowę, pojawili się jacyś mężczyźni i zaczęli ich nachalnie filmować. Później Michajłow obsesyjnie informował nas o podobnych wydarzeniach. Od pewnego momentu zaczął mówić o chęci opuszczenia Polski. Zapowiadał, że zgłosi się do białoruskiej ambasady i wyjedzie w dyplomatycznym samochodzie. Twierdził, że woli współpracować z KGB niż z CIA, do czego jest zmuszany w Polsce. Jego „rewelacje", świadczące, że znajduje się w stanie psychozy, zostały zarejestrowane na dwa dni przed jego wyjazdem z Polski.

Możliwe są dwa wyjaśnienia. Pierwsze: Michajłow od początku był sterowany przez białoruskie KGB. Drugie: po przyjeździe do Polski chłopak rzeczywiście próbował zerwać współpracę, ale potem, naciskany, poddał się i dał się wykorzystać przez propagandę.

Więcej na stronie Tygodnika Powszechnego >

Słownik białoruski
W odpowiedzi na pytania czytelników podaję linki do słowników języka białoruskiego:
  • slounik.pl - polsko-białoruski i białorusko-polski
  • slovnyk.org.ua - kilkujęzyczny : polski, angielski, rosyjski, ukraiński, białoruski
  • cybervioska.w.interia.pl - Białorusko-polski słownik gwary używanej na północnym Podlasiu


19:13, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 marca 2007
We środę 28.3.2007 w Krakowie



Kolejne spotkanie z serii "Światooglądy", promocja nowej książki o Białorusi:

28 marca (środa) 2007
godz. 18.00

Księgarnia pod Globusem
ul. Długa 1 (róg Basztowej)
Kraków

Marcowe Światooglądy postanowiliśmy poświęcić jednemu z naszych najbardziej tajemniczych sąsiadów – Białorusi. W oglądzie tego kraju pomoże nam dwójka dziennikarzy Tygodnika Powszechnego, którzy będą odpowiadać także i na Państwa pytania. O fenomenie „małego ZSRR” będziemy dyskutować już w najbliższą środę. Serdecznie zapraszamy, wstęp wolny.


RMF Classic i Księgarnia pod Globusem
zapraszają na spotkanie "Mały ZSRR"

w którym udział wezmą autorzy książki:

"Białoruś - kartofle i dżinsy" (Znak 2007)
Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki

spotkanie poprowadzi:
Natalia Chanek (RMF Classic)

 


14:57, anuszka_ha3.agh.edu.pl , Odkrycia różne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2